Boliwia – dziennik z podróży cz. I

Salar de Uyuni

Dzień 1. Najsmutniejsze miasto na mapie Ameryki Łacińskiej

Rezerwując nocny autobus z Atacamy do Salar de Uyuni jeszcze nie wiemy, że nocna jazda w kraju, gdzie pijani kierowcy to plaga, a każda okładka dziennika prezentuje piękne zdjęcia roztrzaskanego gdzieś w górach autokaru, może nie być najlepszym pomysłem w życiu. Jak się później okaże (o czym zresztą napiszę osobny post) mieliśmy w zapasie jeszcze sporo głupszych pomysłów. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.

Na bilecie czytamy, że na dworcu w San Pedro powinniśmy być 45 minut przed planowanym odjazdem. Słowem klucz jest tutaj „planowany”, ponieważ w Boliwii plany sobie, a życie sobie. Nie wiemy jeszcze, że boliwijskie 45 minut nie jest równe innym 45 minutom, ba, nie równa się nawet godzinom. Czekamy więc cierpliwie na ławce robiącej za przystanek w środku nocy z parą turystów z dzieckiem i cholitami w poważnych czarnych melonikach.

Jest! Wsiadamy i instalujemy się z naszymi wielkimi tobołami na pięterku autokaru. Cieszymy się jazdą przez zaledwie kilka minut, bo resztę drogi zastanawiamy się gorączkowo, dlaczego kierowca chce nas zabić i czy nie bierzemy przypadkiem udziału w jakiejś ukrytej kamerze albo co najmniej szalonym wyścigu GTA. Jazda bez świateł, wyprzedzanie w zupełnej ciemności innych pojazdów (też bez świateł) – wyprzedzanie nie byle jakie, bo pod górkę, na zakręcie, mając dla urozmaicenia z jednej strony pojazdu przepaść na sporo metrów. Ale, ale! Oddychamy z ulgą – na szczęście jedzie z nami Jezus! W każdym boliwijskim autobusie bowiem można znaleźć opiekuna w postaci wizerunku Jezusa lub Maryi, koniecznie z fikuśną złotą sentencją mówiącą coś o ochronie kierowców. Podskakuję na siedzeniu i mam cichą nadzieję, że święci chronią też pijanych kierowców. Nasz kierowca czuje się o wiele bardziej swobodnie niż ja i dlatego pędzi, wyprzedza na wzniesieniu i uważa za zupełnie niepotrzebne zjeżdżanie na prawy pas po zakończeniu wyprzedzania.

W końcu docieramy. Miasteczko jest najsmutniejszym miejscem, jakie odwiedziłam w swoim krótkim życiu. Na pewno istnieją smutniejsze miejsca na świecie, jak np. Puerto Maldonado w peruwiańskiej dżungli, gdzie rosną jak grzyby po deszczu nielegalne kopalnie złota, będące siedliskiem przemocy, prostytucji, zabójstw, biedy i desperacji (o czym piszą Maria Hawranek i Szymon Opryszek w świetnej książce Tańczymy już tylko w Zaduszki. Reportaże z Ameryki Łacińskiej). Chociaż myślę, że jeszcze smutniejszym miejscem mogłaby być sala kinowa podczas seansu kolejnej polskiej komedii romantycznej. Tak czy inaczej, Salar de Uyuni dostaje dożywotnie miejsce na podium w swojej kategorii.

W mieście spędzimy zaledwie 4 dni, podczas których planujemy odwiedzić słynną pustynię solną. Witają nas cholity w melonikach i ogromnych wielowarstwowych sukniach sprzedające uliczne przysmaki, a także wszechobecny syf i kurz. Prowizoryczna zabudowa i nieotynkowane domy sprawiają wrażenie, jakby ktoś dawno temu chciał tu coś wybudować, po czym (nic dziwnego), rozmyślił się i uciekł, pozostawiając rozpoczęte konstrukcje same sobie, by niszczały i butwiały. Miasteczko nie jest jednak opuszczone. Przeciwnie – jest pełne ludzkiej masy, hałasu, przekrzykiwania na targach i przydrożnych straganach, jedzenia i biegających dzieciaków. Jest głośne i swojskie, a mimo to wydaje się bardzo prowizoryczne. Po gruntowych drogach biegają dziesiątki bezpańskich psów i zastanawiam się, dokąd uciekła z tego miasta cała radość i kolory, bo chcę pojechać właśnie tam.

Na kolacji J. mówi, że coś zbyt gładko poszło to wszystko: podróż, hostel i cała reszta. Na te słowa za oknem restauracji jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozlega się przerażający grzmot i wysiada prąd. Nie możemy wyjść z baru i dotrzeć do hostelu, bo ulice zamieniają się w rwącą rzekę, na powierzchni której pływają i połyskują złowrogo kolorowe kable. Nie jesteśmy pewni, co to za kable, więc wolimy się z nimi bliżej nie zapoznawać. Po dwóch godzinach i błagalnych spojrzeniach jakiś mężczyzna podwozi nas do hostelu, który znajduje się 150 metrów dalej. Miejscowi są ulewą szczerze zdziwieni i zaczynają nam tłumaczyć, że nie było takiej burzy od wielu lat. My nie jesteśmy zdziwieni.

Dzień 2. Salar de Uyuni

W końcu bawimy się w turystów! Przejeżdżamy przez centrum miasteczka, w którym cholity sprzedają różne prażone przysmaki i mijamy nudne cmentarzysko pociągów. Przewodnik koniecznie chce się tam zatrzymać, ale widząc nasze znudzone miny, szybko ruszamy w dalszą drogę. Mijamy małe miasteczko Colchani, położone na 3664 m n.p.m., gdzie nie istnieje ani asfalt, ani tynk, a dzieci biegają na bosaka. Docieramy do fabryki soli, która jest trochę turystycznym parkiem rozrywki, ale można zobaczyć, jak wytwarzana jest sól w małej manufakturze, spróbować jej i kupić sobie małą słoną pamiątkę (nie sprzedają tej soli, podobnie jak swoich win na eksport – jeśli ktoś wie dlaczego, chętnie się dowiem!). Mijamy pierwszy hotel na świecie zrobiony w całości wyłącznie z soli i cieszymy się, że w nim nie śpimy, bo kiedy pada przykrywają go plastikiem i staje się wielkim zimnym plastikowym igloo.

W końcu docieramy do głównego punktu programu: pustyni solnej! Ponad 10 tysięcy km² soli robi na nas ogromne wrażenie. Klasycznie robimy sobie zdjęcia z perspektywą. Na szczęście nasz kierowca i przewodnik w jednym ma spore doświadczenie i mnóstwo pomysłów, więc spędzamy dłuższą chwilę na pozowaniu. Jedziemy na obiad, po drodze podziwiając taflę soli – kiedy pada, pustynia zamienia się w gigantyczne lustro. Samochody na horyzoncie stają się małymi zabawkami, a mijane kratery wulkaniczne i ich chropowata powierzchnia wyglądają jak z innej planety.

Oddychając coraz ciężej i płycej wracamy do urokliwego Salar de Uyuni. Zasypiam jak dziecko wiedząc, że już nazajutrz opuszczę to miasto.

Dzień 3. Sucre

W drodze z Salar de Uyuni do Sucre mijamy wioskę Tomaye, która składa się z kilku rozpadających się domów zbitych z różnej wielkości desek, między którymi w błocie biegają wesołe dzieciaki. W tle migoczą ośnieżone szczyty, a do autobusu, jak szefowe, wchodzą pewnym krokiem cholity. Sprzedają lokalne specjały. Jedna z kobiet ma zdeformowane przez chorobę nogi i porusza się bez wózka i kuli. Kupujemy kukurydzianą papę zawiniętą w liście (boliwijski przysmak), która nazywa się humita i jest, niestety jak większość boliwijskiej kuchni, wyjątkowo niesmaczna.

Jedziemy serpentynami między rozległymi wzgórzami, po pagórkach spacerują powoli wikunie, a na siedzeniach podskakują młode dziewczyny z dziećmi zatopionymi po uszy w kolorowych chustach. Na końcach warkoczy kobiet dyndają wesoło gumki i ozdoby.

Docieramy. Żeby podróż nie przebiegła zbyt łatwo, docieramy nie do Sucre, a do Potosi. Informacja okazała się na tyle zbędna, że nie wspomniał o niej ani kierowca, ani pani z firmy autobusowej, która w małej kanciapie sprzedawała nam bilety. Kierowca jest jednak miły i podrzuca nas na przystanek (na drugim końcu Potosi, które jest na wzgórzach) i czeka z nami na autobus do Sucre. Autobus okazuje się mieć więcej lat niż my razem wzięci, a ze środka bucha taki melanż zapachów, że wytrzyma go tylko prawdziwie zdeterminowany i głodny podróżnik. Wydaje mi się, że podróżnicy boliwijscy mają jakiś tajemny zapis na bilecie, że w busie jest obowiązek spożywania obiadu, koniecznie z woreczków plastikowych, w których (osobno) znajduje się mięso, ziemniaczki, czosnek (też osobno!) i surówka. Tak przygotowany posiłek podróżuje do ust za pomocą dłoni. Autobus przecina ogromne zielone wąwozy, zza których co chwilę wyłania się przepaść. W oddali kilka zapomnianych chatek zwisających z pionowych zboczy, do których nie widać dróg dojazdowych. Kołyszemy się powoli po krętej drodze, mijając wypasane krowy, owce i kozy, a na każdym przystanku do pojazdu wpada z hałasem grupa cholit i sprzedawców. Kolejna okazja na zakupy: w ofercie są owoce, słodycze, leki na cukrzycę (na którą choruje tu rekordowa ilość ludzi), czy kanapki.

W końcu witają nas przedmieścia Sucre, zalane prowizorycznymi sklepiko – straganami. Przy akompaniamencie wyjącego silnika i zapachu spalin docieramy do centrum Sucre, które okazuje się prześliczne. Zadbane białe domki na chwilę próbują zmylić nas z tropu, ale ulice aż drżą od wrzasku – wciąż jesteśmy w Boliwii.

Oślepiająca biel mieniących się w słońcu dachówek jest bardzo fotogeniczna, więc każde popołudnie spędzam z aparatem w ręku.

Boliwia jest piękna i odpychająca jednocześnie. Obskurna i fascynująca, kolorowa i niebezpieczna. Ale też bardzo niedoceniana. O tym w kolejnym wpisie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close