Dlaczego nie warto jechać do Montevideo i co zobaczyć, jeśli już się tam jest

Urugwaj to podobno najpopularniejszy kurort Ameryki Łacińskiej. Taki latynoamerykański Sopot albo nawet Majorka. Pojechaliśmy tam na kilka dni z ciekawości i odwiedziliśmy wyłącznie Montevideo, więc bez wymądrzania się chcę wam opisać moje spostrzeżenia i wrażenia. Wrażeń było dość mało ze względu na specyfikę miasta.

Pierwsze wrażenie: jesteśmy w Europie. Nie… pierwsze wrażenie to prom, na który kupiliśmy bilety na trasie Buenos – Montevideo, a który okazał się być w połowie promem, a w połowie busem (nie kupujcie najtańszych biletów), do tego promem o przeciekającym dachu i prawie tonącym na wzburzonych wodach La Platy. Pierwsze prawdziwe wrażenie po dotarciu do tej Szwajcarii Ameryki Południowej to zupełny brak południowości. Szukaliśmy jakichś oznak latino temperamentu, tęsknie wypatrywaliśmy za krzyczącymi na straganach sprzedawcami wszystkiego, niech no już nawet te karaluchy… Nie. Montevideo stało przed nami uparcie, prezentując dumnie i spokojnie swoje młode budynki (miasto założono w 1726 roku). Podobno według wszystkich istniejących rankingów (nie wiem naprawdę kto robi te rankingi) stanowi najlepsze miejsce do życia na tym kontynencie. Pierwszy dzień właściwie spędziliśmy na szukaniu tego magicznego niedookreślonego czegoś (może było za czysto?). Ten brak towarzyszył nam niestety przez cały pobyt – brak ludzi na ulicach (a podobno połowa mieszkańców kraju mieszka w stolicy), brak sklepów (połowa zamknięta), brak kasy (bo drogo). Ogólnie można powiedzieć, że Montevideo kojarzy nam się z brakiem.

Co ciekawe, Urugwaj to bardzo liberalny kraj, który zalegalizował małżeństwa jednopłciowe (a de facto związki partnerskie) i adopcję przez nie dzieci, marihuanę i prostytucję, a zatem wszystko to, co w Polsce pozostaje nielegalne. Co więcej, to jeden z najbardziej laickich krajów na świecie (i najmniej religijny spośród krajów Ameryki Południowej).

Miasto żyje w slow-motion. Nie da się przejść jednej przecznicy bez zauważenia kogoś z kubkiem mate (tutaj do tej herbaty dopisuje się całą filozofię życia). Yerba jest wszędzie – na każdym placu, w każdym parku, w każdej ręce. To tutaj nie tylko napój, ale trochę hipisowska demonstracja wspólnych wartości i solidarności – dlatego zbudowano wokół tego całą kulturę picia i parzenia.

Naturalnie nie można odmówić miastu urody, ładnej architektury, czy funkcjonalności – ma wszystko, co miasto mieć powinno: morze (a raczej rzekę), plaże, bulwary, modne knajpy, sympatyczych, wykształconych ludzi, fantastyczne antykwariaty i targi staroci, do tego jest bezpiecznie, ciepło i kulturalnie. A jednak zabrakło mi tego czegoś, jakiejś iskierki, czegoś WOW, tego miejskiego zakochania od pierwszego wejrzenia.

Ale mimo to, ponieważ w większości sytuacji staram się znaleźć jakiś pozytyw, voila: kilka miejsc i rzeczy, które może wam pozwolą się zakochać w tym dziwnym mieście:

CIUDAD VIEJA

Przez liczne małe sklepiki z rękodziełem, małe kawiarnie i brak wrzeszczących tłumów miasto wydaje się dużo mniejsze niż jest w rzeczywistości (1,4 mln mieszkańców). Na każdym rogu czyha jakaś ładna modernistyczna kamienica albo inna neokolonialna perełka. Fasady budynków są ZAWSZE ładnie zazielenione, nawet jeśli tynk odpada, a budynek prawie się wali, to roślinność na przekór prezentuje się bujnie, wyrośnięta z miłoscią i zadbana. Jeśli przejdziecie się na spacer po starym mieście nad waszymi głowami będzie wić się prawdziwa zielona i pachnąca dżungla! Życie na ulicach płynie w zwolnionym tempie, a powietrze pachnie albo trawką, albo mate, albo churrasco. Ilość małych księgarni i antykwariatów ulokowanych na parterach starych kamienic jest zatrważająca – z płaczem wychodziłam z każdego z nich powtarzając sobie, że jestem odpowiedzialna i mam tylko jeden plecak i jedne zdrowe plecy.
Fajnie iść do kawiarni Brasileiro (założonej w 1877 roku!), bo to perełka art nouveau, którą każdy chciałby mieć na swojej ulicy. Rano serwuje pyszną kawę i tanie śniadania w cudnym wnętrzu (gdzie kiedyś przesiadywała bohema i tworzyła literaturę narodową), a później obiady i drinki.

MERCADO DEL PUERTO

Rzecz, która powinna być na miejscu numer jeden: JEDZENIE. Jeśli życie jakimś dziwnym losem zaprowadzi was do Montevideo, waszym pierwszym przystankiem powinno być to miejsce. Dawniej lokalny targ spożywczy, a dziś pachnąca hala po brzegi wypełniona straganami, restauracjami i barami. Chorizo, steki, empanady – do wyboru, do koloru. Jeśli coś wyróżnia mieszkańców Montevideo od reszty świata to na pewno jest to ich miłość do yerby i do mięsa.
(Pyszne empanady i (o dziwo) pizza są też w barze Alvarez, a kolację warto zjeść w klimatycznym Jacinto – mają pyszny, pieczony na miejscu chleb i fajny, przytulny klimacik).

LIBRERIA PURO VERSO

Piętrowa księgarnia przy deptaku Sarandi jest nie tylko przestrzennie imponująca, ale przede wszystkim tak dobrze wyposażona w pięknie wydane książki, że wyjdziecie z płaczem, jeśli nie kupicie choć jednej.

PALACIO SALVO I WIDOK

Warto zapłacić kilka złotych i wyjechać na górę pałacu – jest stamtąd wyjątkowo ładny widok na Plaza Independencia, port i całe miasto, a w cenie biletu miły pan przewodnik opowie o kilku ciekawostkach z życia miasta, budowy pałacu i poplotkuje o właścicielu kilkusetmetrowego i chyba najwyżej położonego mieszkania (znajduje się na ostatnim piętrze pałacu) w mieście.

LA RAMBLA I PLAYA POCITOS

Wzdłuż wybrzeża przez 23 km ciągną się, wciśnięte między plażę, a miasto promenada i deptak na tyle szerokie, że można z łatwością wypożyczyć rower i na cały dzień wyprawić się w odkrywanie miejskiej linii brzegowej. Po drodze miniecie latarnię morską i plażę Ramirez, ale Pocitos jest znacznie ładniejsza. Nie polecam zażywania kąpieli, chyba że niestraszne wam pluskanie się w rzece czystością przypominającej Wisłę w Krakowie.

PARQUE RODO – JEDZENIE, YERBA MATE I RĘKODZIEŁO

Wieczorem możecie wybrać się do parku z pustym brzuchem i pełnym portfelem. Stragany z rękodziełem i jedzeniem są oblegane przez hippisów i hipsterów z kubeczkami mate w dłoniach. Jest klimatycznie, bezpiecznie, smacznie i ładnie.

MERCADO FERIA DE TRISTÁN NARVAJA

W każdą niedzielę ulica Tristán Narvaja zamienia się w jedno wielkie targowisko. Książki, meble, maskotki, stare kasety, czasopisma i różne pierdołki kuszą ze stolików niskimi cenami. Do tego w każdym barze przy ulicy (jedyna ulica w mieście, przy której w ogóle coś w niedzielę działa i wydaje posiłki) serwują różne lokalne przysmaki, podobnie jak na straganach.

A może byliście w Montevideo i macie inne wrażenia?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close